16 maja 2022

OtoPraga.pl – Subiektywny przewodnik po Pradze, gospodach i czeskich klimatach

Subiektywny przewodnik po Pradze, gospodach i czeskich klimatach

Hrabalowi. W piątą (i dwudziestą piątą) rocznicę

Czy dane Wam było czytać kiedykolwiek „Czułego barbarzyńcę”, siedząc przy kufelku dobrego piwa pod praskim niebem? Jeśli tak, to pewnie niektórzy z Was zapragnęli zobaczyć na własne oczy te wszystkie magiczne miejsca, tak bardzo związane z bohaterami tej opowieści. Opowieści w szczególności o jednym z przyjaciół Bogumiła Hrabala, a tak naprawdę, o życiu, które było, przeminęło i ślad po nim w materialnym świecie zatarł się niemal w całości. Nie ma już Hrabala, nie ma już Vladimira Boudnika. Byłem ciekaw, jak wiele zostało?

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Poniższy tekst opublikowany został na naszej starej, dziś zatopionej w czeluściach sieci stronie internetowej www.praskie-gospody.siec.com.pl w roku 2002 – czyli 20 lat (słownie: dwadzieścia lat) temu. W 25 rocznicę śmierci Bohumila Hrabala postanowiliśmy go przypomnieć wraz z fotografiami z tamtego internetowego okresu.

***

Tym razem opowieść będzie prowadzona przez narratora w liczbie pojedynczej i to w pierwszej osobie. Opiszę swoje osobiste wspomnienia z pewnych chwil, jakie dane mi było spędzić zupełnie niedawno na ziemi czeskiej. Miejscem akcji będzie Praga i okolice. To oczywiście mało precyzyjne określenie, ale cierpliwi za chwilkę dowiedzą się czegoś więcej.

Czas akcji to dwa dni lutego 2002 roku. Dokładnie dzień 2 i 3. To dość szczególne daty w życiu Hrabala, o czym zresztą, z pewnym zdumieniem, dowiedziałem się tuż po odwiedzinach szpitala na Bulovce. Tyle razy planowałem tę wędrówkę i dane mi było odbyć ją dokładnie w przeddzień i dzień piątej rocznicy śmierci pisarza. Myślę, że tak właśnie było to zapisane w gwiazdach…

Na hrazi – fot. 2002 r.

Opowieść pierwsza dotyczy Libni, ulicy Na Hraži i paru zupełnie nieważnych miejsc.

Czy dane Wam było czytać kiedykolwiek „Czułego barbarzyńcę”, siedząc przy kufelku dobrego piwa pod praskim niebem? Jeśli tak, to pewnie niektórzy z Was zapragnęli zobaczyć na własne oczy te wszystkie magiczne miejsca, tak bardzo związane z bohaterami tej opowieści. Opowieści w szczególności o jednym z przyjaciół Bogumiła Hrabala, a tak naprawdę, o życiu, które było, przeminęło i ślad po nim w materialnym świecie zatarł się niemal w całości. Nie ma już Hrabala, nie ma już Vladimira Boudnika. Byłem ciekaw, jak wiele zostało? Intrygowało mnie to, czy opisana przez Mistrza rzeczywistość jeszcze istnieje? W miejscach, które ukochali, niewiele już po nich śladów. Ale nie wszystko przeminęło.

Palmovka to stacja metra, jakich wiele. Tworzona w poprzedniej epoce, miała pokazywać Czechom i Światu, że w gruncie rzeczy jest postęp, i można być zadowolonym. Granity, beton, stal, szkło i potężne przeciągi. Wybrałem się na zwiedzanie Libni o poranku. Luty tego dnia okazał się niezwykle łaskawy i – pomimo środka zimy – było przepiękne słońce, niebieskie niebo, a w południe około 15 stopni na plusie. Północne wyjście z metra znajduje się dokładnie tam, gdzie rozgrywały się najbardziej istotne fragmenty życia kilku ważnych, i całego mnóstwa zupełnie nieważnych, osób. Tam, gdzie kiedyś stał dom, którego gospodarz zostawiał w dzień i w nocy otwarte okna i drzwi, żeby każdy, kto go lubi, mógł przyjść do niego do pokoju, który był publiczny jak piwiarnia i gdzie czasem spało nawet pięć czy sześć osób. Było tu miejsce dla poetów, muzyków, filozofów i wszystkich życzliwych z całej okolicy. Tu szykowano pieczeń wieprzową na kminku i popijano ją królewskim czeskim piwem. Tu odbywały się „wesela w domu” i niekończące się dyskusje o tym, co najbardziej istotne.

Na Grobli Wieczności

Na Libni, na Grobli Wieczności pod numerem 24 na tyłach kamienicy, gdzie Hrabal mieszkał z Boudnikiem, był kiedyś warsztat kowalski. Nie dochodziło tam słońce. Oficynę dobudowano podobno z konieczności. Zbudowana z marglowych murów zimą wydawała się ciepła i mroziła swym chłodem latem Dziś, wieczorami, tuż przy wyjściu z metra, zbierają się ci najbardziej wrażliwi, których życie niełaskawe rzuciło na pogardzany przez ogół margines. Nie wiem, czy kiedykolwiek słyszeli o Hrabalu, Boudniku, Boundymi i Marysku i czy wiedzą o tym, że śpią w miejscu już na zawsze magicznym. Tak naprawdę nie wiem, czy w ogóle tu nocują, czy tylko spędzają kilka ostatnich chwil wieczoru przed zamknięciem metra, ciesząc się możliwością bycia z kimś. Dobrze im z oczu patrzy i zdecydowanie bardziej pasują tu niż my wszyscy, tak pozornie wygładzeni i ułożeni. Okolica stacji metra raczej nie wzbudza zaufania. Wszędzie brudno i byle jak. Nie zamieszkuje tu praska elita i dlatego nikt nie dba o szczegóły. Centralny plac przy ulicy Na Żertwach nazwano imieniem Bohumila Hrabala. Plac jest tak bardzo zaniedbany, że pasuje atmosferą do książek Hrabala. Może właśnie, dlatego utrzymywany jest w tym stanie? Na razie nikt na Libni nie zarabia na wielkim pisarzu pieniędzy i sam nie wiem, czy to dobrze o jego rodakach pisarza świadczy?

Na Grobli Wieczności jest jednak coś szczególnego. Ładnie to Czesi zrobili. Żadnych pretensjonalnych pomników i tablic pamiątkowych. Na okropnym betonowym murze jest coś żywego. Jakby współczesne graffiti. Koty, fragmenty prozy, wielka maszyna do pisania, wizerunek pisarza i małe fragmenty świata, którego nie ma. Ciekawe, czy drzwi i okna powieszone na murze są oryginalne? Tak naprawdę jest to bez znaczenia, ale gdzieś w głębi bardzo bym tego chciał.

Pamiętajmy „U Hausmannów”

Nie. Nie szukajcie już gospody „U Hausmannów”. Nie istnieje. Gospoda położona była przy ulicy Ludmiły. Znajdował się tam tuż za rogiem ulicy Na Grobli otoczony parkanem ogród, kiedyś była tam ogródkowa restauracja, sześć starych kasztanów, pod murem zrujnowana dawna kręgielnia, a dalej dom na którym widniał napis „U Hausmanów”. Dziś ulica Ludmilina zaczyna się opuszczoną synagogą, potem jest wysoka kamienica, która chyba pamięta Hrabala i supermarket. Synagoga służyła kiedyś za magazyn dekoracji pobliskiego teatru, w którym, po utracie pracy w surowcach wtórnych, pisarz pracował jako maszynista. Podobno w dewastacji ołtarza snagogi Hrabal uczestniczył osobiście. Opisał to sugestywnie w „Weselach w domu”. Ulica jest wyłączona z ruchu i z życia. Oczywiście jest również betonowy wysoki na trzy metry mur. Znak naszych czasów? Cholerne metro… Pozostała pamięć o panu karczmarzu Vaniszcie i panu malarzu Nejedlo. Ten ostatni cierpiał na strangulację, okropnie lubił pić i wieszał się raz na kwartał na klamce, kiedy jego żona wchodziła na ganek. Malarz miał piękne piwne oczy, jak sarna i cenił swoich sąsiadów poetów.

Kochali swoje mieszkanko na grobli pod numerem dwudziestym czwartym. Było swojsko i, co ważne, blisko do Hausmannów. Chodzili tam w kapciach albo w bamboszach. Szynkarz Vaniszta przeszedł dzięki nim do historii. Kupowali tu piwo wiadrami, a kiedy się kończyło późną nocą tłukli pięściami w drzwi i stukali w szyby cynowymi wiaderkami.

„Hej, chluby narodu przyszły się napić, a ty się tam lenisz?”. „Pocałujcie mnie panowie w dupę” wołał wściekły Vaniszta, a potem otwierał im drzwi i po chwili z uśmiechem spełniał ich zachcianki. Dziś musieliby chodzić do oddalonej o kilkaset metrów Jaguszki, albo na Rokytkę.

Piwne sanatorium

U Horkych – fot. 2002 rok
U Horkych – fot. 2002 rok

Skierowałem się w stronę Zenklowej. Targowisko opanowane przez przyjaciół z dalekiej Azji pewnie wzbudziłoby zachwyt pisarza, bo autentyczne, szczere i takie na ludzkim pocie budowane. Tam też zauważyłem reklamę, która bardzo mnie uradowała. A więc coś zostało. Piwne sanatorium „U Horkich”. Kolejna praska legenda. Dziwnie to dziś wygląda. Została jedna trochę wyrwana z kontekstu kamienica. Tu ponad wszelką wątpliwość czas się zatrzymał. W ten sobotni poranek mogłem tylko zerknąć do środka przez brudną szybę zamkniętych o tej porze drzwi. Wnętrze typowe, ale ciepłe i sympatyczne. Uwagę zwracają stołki barowe przy nalewaku pokryte jasnobrązową skórą albo jej imitacją. Potem usiadłem chwilę na granitowych schodkach, pamiętających chyba wszystkie dni z życia kamienicy.

Tu lali smichowskie piwo, a zniszczone robotnice piły pod oknem kawę z rumem. Piwo nalewał tu barman Szoler, który w chłodne wieczory pogwizdując napełniał swoje legendarne kufle smichowską dziesiątką dokładając do ognia w piecu Musgraves 14. Boudnik mawiał, że stojący w kącie piec jest jak on sam – „jak nikt nie dołoży do ognia, to nie grzeje”.

Dziwacznie wygląda połączenie starej Libni z ultranowoczesną architekturą wtłoczoną między stare kamienice. Jeden z takich dziwacznych, ale ciekawych budynków znajduje się w sąsiedztwie piwnego sanatorium. Definicja architektonicznego synkretyzmu.

Bar „Świat”

Znalazłem bar „Świat”. Wielki okazały budynek mieścił kiedyś kino restaurację i właśnie bar. Nazywano go pałacem. Ileż tu się wydarzyło. Lubili pić piwo w barze Świat i patrzeć na sprzątaczki, bo były wyjątkowe. Jedna za młodu występowała w operetce. Zamiatając tańczyła ze szczotką i śpiewała wesołe kuplety pchając wózek pełen talerzy z resztkami jedzenia i brudnymi sztućcami. Vladimir Boudnik uważał ją za świętą…

Druga była aktorką i grywała w tragediach w małych prywatnych teatrzykach. Gdy zamiatała wzdychała jakby pogrzebaczem zgarniała swe prochy po kremacji. Kiedy pchała przed sobą wózek z brudnymi naczyniami, to jakby odwoziła swoje kości do składnicy surowców wtórnych. Dama ta piła wszystko, co podleci. Piwo piła bańkami i przepijała emeryturę z miesięcznym wyprzedzeniem. Vladimir również ją uważał za świętą.

Do tego lokalu przybywali na sygnale pędząc na złamanie karku sanitariusze ze szpitala Na Bulovce zamawiając piwo do olbrzymich baniek, które taszczyli wraz z noszami. Tu pojawiał się pewien krawiec, który patrzył na otaczającą go rzeczywistość jedynie przez pryzmat Protokołów mędrców Syjonu.

Upodobali sobie bar Świat, ponieważ pani Vlasztovkova – karczmarka zawsze miała dobry humor i jeszcze lepsze piwo. Bar, kino, restauracja wybudowane zostały za pieniądze pana o nazwisku Świat, który wbił sobie do głowy, że takiego nazwiska nie nosi się bez powodu. Przedsiębiorca Świat stracił na tym przedsięwzięciu milion koron i zastrzelił się. Zniszczyły go ponoć wody podskórne pobliskiej Wełtawy zalewające piwnice budynku.

Dziś „Świat” jest pusty i opuszczony. Od wielu lat wszystko jest zamknięte. W oknach zamiast szyb znajdują się wielkie pilśniowe płyty nie pozwalające zajrzeć do środka. Lokal czeka na kolejnego przedsiębiorcę marzyciela, który będzie miał wizję. Ja przez chwilę z zamkniętymi szeroko oczami próbowałem sobie to wszystko wyobrazić.

Z.S.
2002 rok

Dodaj komentarz