16 maja 2022

OtoPraga.pl – Subiektywny przewodnik po Pradze, gospodach i czeskich klimatach

Subiektywny przewodnik po Pradze, gospodach i czeskich klimatach

Libeński slalom – śladami hrabalowskich gospód

Pamiętacie pewnie ten fragment ze „Zbyt głośnej samotności”, gdzie Hrabal opisuje wielki praski slalom. Sympatyczni opoje rozpoczynali u Hofmanów, potem szli do gospody „Na Vlachovce”, a potem była gospoda „Na Růžku”, „Stracony posterunek” (Na Ztracené Vartě), „U Milerów”, „Pod herbem”, „U Jarolímků”, „U Ládi”, „U Karola IV”, „Świat”, „U króla Wacława”, „U Pudilów”, „U Doudów” (U Doudů) i na koniec knajpa „Pod miastem Rokycany”.

Inny piękny opis tych miejsc znajduje się w „Weselach w domu”. Tu pisarz uwiecznił wędrówkę, jaką odbył dzień przed swym ślubem.

Mój narzeczony już w czwartek przed południem ubrał się w ślubny garnitur, zawiązał krawat, wziął ślubny bukiet i wędrował z tym bukietem po Libni, z jednej knajpy do drugiej, kelnerki stawiały przed nim półlitrowe kufle i wstawiały do nich ten ślubny bukiet, mój chłop pił piwo, przyjmował gratulacje, w taki sposób doszedł z tym bukietem aż na górę, do „Krzaku Chmielu”, potem dotarł jeszcze wyżej, na Kobylisy do „Hofmanów”…

To ci dopiero szlak. Spod baru „Świat” należy wsiąść w tramwaj jadący w górę na Kobylisy. W tej dzielnicy pisarz mieszkał wraz z żoną od 1973 roku w wielopiętrowym bloku z wielkiej płyty przy ulicy Košťálkovej. Po kilku minutach jazdy wysiadamy na samym końcu ulicy Zenklovej w miejscu zwanym Vlachovka.

Po paru chwilach wędrówki odkrywamy gospodę „U Hofmanů”. Gospoda położona jest przy ulicy Nad Šutkou pod numerem 16. Dobrze dają tu jeść, a ilości gości świadczy o tym, że miejscowi szanują to miejsce.

Kawałeczek dalej jest gospoda „Na Vlachovce” (Zenklova 217). To miejsce znamy od dawna, ale kiedyś przybywaliśmy tu z powodu beczek. Tak, tak – z powodu beczek, w których można było się przespać za niewielkie pieniądze. Miły pomysł na kemping. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że gospoda jest bramką na trasie slalomu. (Dziś gościniec, którego początki sięgać mają 1850 roku, jest, niestety, wyburzony – na jego miejscu do 2024 roku powstaje dom mieszkaniowy).

To już wspomnienie „Na Vlachovce”, ten gościniec został wyburzony.

Schodzimy w dół Zenklovą i po chwili znów nasze gęby śmieją się radośnie. „Dobre jidlo, nizka cena, skvele pivo, husta pena”. Tak wita nas gospoda „Na Růžku” – róg Zenklovej i Okrouhlickiej. W środku możemy przeczytać piwne „Ojcze nasz” wymalowane na jednej ze ścian. Wolelibyśmy jakiś fragment prozy mistrza, ale to jeszcze nie tym razem.

Na Růžku z zewnątrz w roku 2002.

Idąc dalej w stronę szpitala na Bulovce przy ulicy Zenklovej widać z dala narożną kamienicę w charakterystycznym ciemnozielonym kolorze. Na parterze znajduje się gospoda „Na Korábě”. Właściwie poszukiwaliśmy knajpy „U Milerów”, o której Hrabal wspomina opisując slalom i o której pisze w „Czułym barbarzyńcy”. Przeszliśmy całą ulicę Na Korábě i nie znaleźliśmy żadnej knajpy „U Milerów”. Pytaliśmy miejscowych wybierając zwłaszcza osoby starsze, pamiętające dzieje z przed kilkudziesięciu lat. Za każdym razem padała odpowiedź, że na tej ulicy nigdy nie było piwiarni innej niż ta w ciemnozielonym domku. Potem wracamy do lektury „Něžneho barbara” i dochodzimy do wniosku, że gospoda „U Milerów” prawdopodobnie nie istniała nigdy. Była za to istniejąca do dziś knajpka „Na Korábě”, w której nalewał piwo pan Miller, tatuś tego najszybszego hokeisty, którego przywieźli martwego z Garmisch-Partenkirchen i nikt nie miał pojęcia, co się tam stało. Pan Müller płukał kufle i zawsze był pogodny, ale patrząc na zdjęcie swego nieżyjącego syna, płakał. Pan Hrabal często nazywał gospody tak, jak nazywali się ich właściciele.

Co jest dziś? Nikt tu nie pamięta o panu Müllerze, a młody kelner chyba nie bardzo wiedział, kto to był Hrabal. Leją piwo kruszowickie. Można zamówić coś do jedzenia. Na ścianach malutkie obrazki ze statkami. Całość skromniutka, ale trzyma pewien lubiany przez nas styl. Aha, z reklamy wiszącej w knajpce można się dowiedzieć, że w poniedziałki i czwartki obsługa między 19 a 22 na górze bez. Mamy nadzieję, że nie chodzi o kelnerów z obnażonymi torsami.

Na Ztracené Vartě, rok 2002

– Panowie nie przeszkadzamy wam czasem? – szynkarz zapytał tych dwóch gości, którzy na siebie krzyczeli i kłócili się nie mogąc dogadać się, ile schodów prowadzi do „Straconej Warty”. „Na Ztracené Vartě” znajduje się przy ulicy Na Vartě. Nie wzniosła się ponad poziom czwartej cenowej skupiny, ale może dlatego jej wierni fani kochają ją tą jedyną miłością, która nakazuje znać przedmiot uwielbienia dokładnie. Kiedyś prowadziły do niej cztery schody. Dziś okoliczni sztamgaści maja do pokonania tylko trzy. Ot mała, ale jak bardzo znacząca w życiu Pragi i Prażan zmiana. Zadymione wnętrze i wszystko to, co facetom potrzebne do odzyskania oddechu. Głośne rozmowy, piwo popijane wraz z Becherovką, hokej w telewizji. Tu nie zmieniło się nic od wielu lat. I dobrze.

Idziemy dalej. Kolejny skarb odnaleziony w trakcie naszych poszukiwań to gospoda „U Jarolímků” na ulicy Podlipneho. Wyróżnia się swym położeniem i wyglądem. Rankiem, kiedy trafiliśmy w jej pobliże, kelnerzy zmiatali wiklinowymi miotłami wszelakie śmieci znajdujące się w jej okolicy. Kamienica położona jest na skrzyżowaniu ulic. Jest niska, ale pełna majestatu. Lokal zajmuje prawie cały parter. W soboty i niedziele zaczyna swe bytowanie o godzinie 11. W chwilę po otwarciu lokal szybko wypełnił się robotnikami budowlanymi, którzy naprawiają pobliskie sfatygowane kamienice.

Po trzydziestu latach wszystko jest tu pewnie inne, ale aktualni właściciele dobrze dbają o lokal. Miło tu i przytulnie. Dobre miejsce, żeby wpaść tu na obiadek z całą rodziną. Polewają Pilsnera i Gambrinusa za cenę doprawdy skromną. W karcie dań rzeczy typowe, ale ich jakość dobrze świadczy o kucharzach. Jedzenie zjawiło się na stole błyskawicznie. Co więcej? Może warto dodać, że widok z okien jest fascynujący. Aha, nie polecamy tej gospody tym, którzy nie potrafią zachować fasonu po alkoholu. Widzieliśmy kelnerów w akcji. Są wtedy stanowczy i mało przyjaźni.

W tej części Libni znaleźliśmy jeszcze restaurację „U Karla IV”. Fajne miejsce. W takich gospodach budzimy się do życia. Przekraczając próg tych świątyń czeskich tradycji zawsze odczuwamy lekki dreszczyk. Odwiedzając je pierwszy raz zamawiamy oczywiście na początku piwo. Jeśli atmosfera nam odpowiada zazwyczaj prosimy o kartę dań i zamawiamy co nieco. Oczywiście nie ma sensu brać rzeczy najdroższych w zestawie. Sondujemy jakość usług kucharza zamawiając polewkę i małe co nieco. Jeśli test wypada pomyślnie często zapada decyzja o dłuższym posiedzeniu. Jeśli jesteśmy całym praskim zespołem, to każdy z nas zamawia inne potrawy. Po paru chwilach wiemy, gdzie jesteśmy. Zamawianie zup ma swój sens. Jeśli gospodarz kuchni przykłada się do rzeczy drobnych, to na pewno nie zawiedzie w pozostałych. Dobrze przygotowana zupa pozwala doznać spokojnego zadowolenia. Jest dla mnie symbolem dobrego rzemiosła, symbolem uczciwości i solidności. Czesi podają w swych gospodach bardzo dobre zupy… Siedzieliśmy więc w tej królewskiej gospodzie i rozkoszowaliśmy się smakiem królewskiej kulajdy. To jedna z naszych ulubionych czeskich zup, może dlatego, że odrobinę przypomina w smaku żurek. Przed wejściem stał tu kiedyś pomalowany w symbole gospody Trabant. Niezła reklama świadcząca o sporym poczuciu humoru właścicieli. Śladów po Hrabalu oczywiście żadnych, ale to raczej norma. Dobrze tu gotują. Lista dań bardzo obfita i pewnie pełna niespodzianek. Można spróbować, jak smakują słodkie piersi Pameli Anderson, albo kura w rozkładzie.

Za oknami tej królewskiej gospody ruchliwa droga i tramwaje. Nie udało nam się odnaleźć gospody „Pod Zielonym Drzewem”. Ta piwiarnia opisana przez Hrabala w opowiadaniu, którego tytuł był jej nazwą, pewnie już nie istnieje. Sporo libeńskich kamienic oddało swe życie podczas budowy nowoczesnych dróg prowadzących z centrum w stronę dzielnicy Prosek. Trochę jej szkoda, bo była jedną z nielicznych, a może jedyną na świecie, do której na piwo wpadł cały tramwaj. Podobno od czasu, gdy trzynastka przed piwiarnią „Pod Zielonym Drzewem” nie wzięła zakrętu, lecz przebiwszy okno, zatrzymała się aż przy szynkwasie, wielu gości przestało tu przychodzić. Pan Chlumecki, szynkarz, którego największą radością był moment, kiedy rano po przebudzeniu mógł sobie nalać w swojej gospodzie pierwsze piwo, pewnie trochę się tym martwił. Był jednak człowiekiem pogodnym. Kiedy wypijał kufel natoczonego przez siebie piwa rzucał od niechcenia „mają tu dobre piwo, tu będę chodził”. Szkoda, że go nie poznamy.

U Jeřábků

Kawałek dalej jest hotel „U Jeřábků”. To tutaj pisarz kupował końską kiełbasę, którą raczył się potem w odwiedzanych przez siebie gospodach. Dziś jest to dość drogi hotel z elegancką restauracją, do której jakoś nie mamy ochoty zachodzić.

Nasza wędrówka zatoczyła koło. Znów jesteśmy koło wielkiego budynku, w którym był „Bar Świat”. To przecież kolejna bramka na trasie slalomu. Niedaleko znajduje się gospoda „U Kralů” położona przy ulicy Na Rokytce. Pewnie jest to gospoda, którą Hrabal nazywał piwiarnią u Króla Wacława, ale pewności nie mamy. Miejsce fajne i warto do niego choć na chwile zawitać.

U Kralů – wejście do lokalu w roku 2002

Nie ma gospody „U Pudilów” i nigdy nie było, choć tę właśnie nazwę Hrabal często podaje na kartach swych powieści. Ta gospoda nazywała się faktycznie „U Kroftů” i mimo, że nie istnieje, odnaleźliśmy ją. Po przekroczeniu ulicy Na Žertvách należy skierować się na ulice Heydukovą. Wielki szyld apteki, która nazywa się „U Kroftů” zawieszony został na miejscu szyldu dawnej restauracji o tej samej nazwie. Mury przechowały ślady dawnej nazwy. Do dziś przy bocznym wejściu jest wmurowana w ścianę beczułka. Szkoda. Chodząc po aptece trzeba zamknąć oczy. Piwo można sączyć, co najwyżej z przemyconej butelki.

Kolejna bramka była w gospodzie „U Doudů” na ulicy Sokolovskiej. Z ogromną przykrością powiadamiamy, że nie ma już restauracji „U Doudów”. Miejsce, które od dziesięcioleci było jedną z fajniejszych libeńskich piwiarni, gdzie dodatkowo dawali jeść na poziomie wyższym niż przeciętny. Teraz jest tu jakaś włoska pizzeria. Oj, Czesi nie dbacie o to, co ważne. W Internecie ostała się jeno recenzja anonimowego czeskiego studenta „včera jsem byl v restauraci U Doudů kousek od Palmovky, dobré jídlo, pivo Gambrinus, hezká zahrádka ve dvoře, ceny přijatelné i pro studentské socky”. Tym bardziej szkoda.

Cała impreza kończyła się w gospodzie „U Mesta Rokycany”. Aby do niej dotrzeć trzeba skierować się Sokołowską w stronę Karlina. Piwiarnia została kompletnie zniszczona w czasie ostatniej powodzi, ale przywrócono ja do życia. Kolejna gospoda, do której w Polsce nie weszlibyśmy za Boga. Tu mimo totalnej surowizny wystroju i gości, z których wielu nie ma normalnego domu i normalnego życia ciepełko i układ w pełni kumpelski. Obcy nie czuje się tu obco. To przecież Praga. Bywał tu Hrabal, a to do czegoś zobowiązuje. Nawet, jeśli nikt z obecnych w gospodzie nie ma o tym zielonego pojęcia.

Nie znaleźliśmy gospody „U Ládi”. Nie udało się trafić do gospody „Pod Herbem”. Albo ich nie ma, albo jesteśmy pospolite gapy.

To tyle jeśli chodzi o libeński, hrabalowski slalom. Oczywiście gospód hrabalowskich – to jest takich, o których wspominał w swych książkach – jest więcej, ale to temat na kolejny rozdział…

Dodaj komentarz