1 października 2022

OtoPraga.pl – Subiektywny przewodnik po Pradze, gospodach i czeskich klimatach

Subiektywny przewodnik po Pradze, gospodach i czeskich klimatach

U Jelínků – miejsce magiczne

Jeśli macie ochotę zakosztować atmosfery z epoki, gdy praskimi ulicami przechadzał się wojak Szwejk udajcie się do... Nie nie, nie do Kalicha. Tam jeno duże pieniądze i duchowa pustka. Udajcie się do "Jelinka". Ostrzegamy jednak - lokal ten pozbawiony jest wygód, a jedyną jego zaletą jest stuprocentowa autentyczność i wspaniała, bezpretensjonalna praska siermiężność.

Jelinkowa Plzeńska Pivnice – Charvatova 33

Kiedyś opis tego niezwykłego lokalu zaczynał się tak: Jeśli macie ochotę zakosztować atmosfery z epoki, gdy praskimi ulicami przechadzał się wojak Szwejk udajcie się do… Nie nie, nie do Kalicha. Tam jeno duże pieniądze i duchowa pustka. Udajcie się do „Jelinka”. Ostrzegamy jednak – lokal ten pozbawiony jest wygód, a jedyną jego zaletą jest stuprocentowa autentyczność i wspaniała, bezpretensjonalna praska siermiężność. Najczęściej wypełniony jest po brzegi stamgastami i dodatkowo zasnuty gęstym papierosowym dymem. Zagranicznych turystów tu brak. Sami Prażanie. Pełno miejscowej inteligencji z pobliskiego Uniwersytetu i zwykłych czeskich piwoszy.

Ale ten powyższy tekst powstał na przełomie XX i XXI wieku, gdy „nowoczesność świata” i zdawała się zaledwie jeszcze muskać takie praskie gospody, gdzie, umiejętnie pozbywając się sztafażu turysty, doznawszy łaski zasiądnięcia pomiędzy stamgastami, posmakować można było tutejszego życia w pełnej krasie. I przymknąwszy oko, zanurzając dzioba w pilsnerze, udawać, że jest się prażakiem pełną gębą, wychowanym na brukach Starego Miasta, Josefova, czy Malej Strany.

Jednak ten czas bezlitośnie minął i mając na względzie bardziej praktyczny wymiar tej opowieści należy może opowieść o tej gospódce, na którą natkniecie się przy numerze 33 idąc ulicą Charvatovą od słynnej obrotowej rzeźby głowy Franza Kafki do Vaclavaka, zacząć tak:

Są pytania, które trapią ludzkość od stuleci: skąd się wzięliśmy, jaki jest sens naszego bytu na Ziemi, o co walczymy, dokąd zmierzamy, a także – gdzie powinniśmy zacząć piwną praską odyseję? Jeżeli przyjechaliśmy na weekend, a więc najprawdopodobniej w piątek po południu, odpowiedź na to ostatnie pytanie jest jasna – trzeba zacząć od „Jelinka”. W soboty i w niedziele przybytek jest bowiem nieczynny, a nie spróbować pilzneńskiego pilznera w jelinkowej atmosferze winno się wpisać w poczet grzechów głównych.

Jeszcze niedawno można było zakupić w lokalu piwo i wypić je siedząc na chodniku przed gospodą. Z tego zresztą Jelinek słynął. Teraz jest to zabronione, o czym informuje nas stosowne ogłoszenie na murze. Piwiarnia nie jest czynna w soboty i niedziele.

Cudny jest szyld zawieszony nad wejściem. Patrząc na niego mam wrażenie, że oto czas cofnął się o 100 lat, a my mamy możliwość dzięki łaskawości Jaśnie Pana cesarza miłościwie nam panującego skosztować znakomitego Pilsnera. Nie mamy pojęcia, ile kosztował kufelek za Franciszka Józefa, ale w każdym czasie, jak sami zauważycie, cena jego jest – mówiąc krótko – sympatyczna. (23 korony w roku 2000, a 50 w roku 2021).

Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegamy po wejściu, są oczywiście wielkie, stylowe sumiaste wąsy nalewającego piwo gospodarza. Wygląda on niezmiennie od lat, jak… aresztowany przez złego szpicla… barman. Kelnerką zaś jest pewna urokliwa dama. Kobieta ta musi być wyjątkową osobą zważywszy na niesłychany szacunek, jakim darzą ją bywalcy tej piwiarni. Dodajmy nie zawsze trzeźwi i nie zawsze pokorni.

„Turystyczna” klientela czasem narzeka, że personel jest obcesowy i bezczelny, ale czego byście się mogli w pierwszej chwili spodziewać niż szorstkiej uprzejmości. W tej klasycznej perełce gospód, każdy osobnik nie mówiący z idealnym praskim akcentem, z obłędem „zwiedzacza” w oczach, jest raczej potencjalnym intruzem i barbarzyńcą. A każdy sam napyta sobie biedy, gdy będzie chciał zapłacić kartą lub w euro, a nie czeską koroną. Chyba że umie się właściwie zachować. Tu liczy się poszanowanie niezmiennego niczym wąs barmana rytuału. Najlepiej jest zacząć od uprzejmego przywitania i zamówienia piwa, w nawet nieudolnej próbie naśladowania ojczystego języka Bohumila Hrabala… to raczej zadziała. Pokażcie, że się staracie i chcecie poświęcić trochę czasu na posmakowanie klimatu tego miejsca.

Miejsce, w którym czułem się uczciwym…

Cały lokal usytuowany jest na około 40 metrach kwadratowych. Taki duży pokój z dużą kuchnią. Miejsca mało więc trzeba było wykorzystać absolutnie wszystko. Dla największych twardzieli przeznaczono blat zawieszony na ścianie, sąsiadujący bezpośrednio z toaletą.

Kiedyś ta maleńka, ale zawsze ciesząca się należytą popularnością, gospoda przyjmowała gości również na zewnątrz i gdy ktoś informował resztę towarzystwa, że zajął dobre miejsca przy oknie, najprawdopodobniej oznaczało to, że będzie trzeba stawiać kufle na parapecie od strony ulicy. Dziś w „Jelinku” można pić piwo tylko w dwóch malutkich pomieszczeniach, z których głębsze zastawione jest drewnianymi ławami i obsługiwane przez kelnera. Kwintesencją „jelinkowego” stylu jest jednak spożywanie pożywnego pilznera na stojąco w pierwszej sali zaludnianej przez klientelę, najczęściej męską, najróżniejszej proweniencji.

„U Jelinka” spotkać można i dżentelmenów w garniturach z teczkami, i luzackich młodzieńców w skórzanych kurtkach, i sztamgastów ubranych zapewne w to, co mieli na sobie poprzedniego dnia, zanim wróciwszy od „Jelinka” zwalili się do łóżka. Wśród dyplomatów, lekarzy, literatów, robotników i niebieskich ptaków i pojawiających się coraz częściej turystów, poczesne miejsce zajmuje wnęka przy wejściu do ustępu, gdzie kufle z pilznerem stawia się – podobnie jak i w całej pierwszej sali – na półeczce pod ścianą.

A cóż to jest za pilzner!!! Intensywny i pełny w smaku, z jedyną w swoim rodzaju goryczką, nalewany na naszych oczach z wyszynku w pierwszej sali. Są tacy, którzy twierdzą, że to najlepszy pilzner w Pradze (czyli w Czechach, czyli na świecie) i trudno długo sprzeciwiać się tej tezie. Trzeba choć raz zatem wypić pilznera „U Jelinka” i doznać… sensu życia. Tu poznaliśmy kiedyś pewnego ponadosiemdziesięcioletniego pana, o którym jego kompan powiedział „tohle je démon”. Dziadek miał ponoć zwyczaj opróżniania co dzień dziesięciu kufli Pilsnera, który według niego trzymał go w zdrowiu i pogodzie ducha. Daj panie Boże taką starość…

Co tu będziemy tłumaczyć. To bez wątpienia jest perła, dziedzictwo kulturowe Pragi, miejsce kultowe i niepodrabialne, dające coraz bardziej skołatanej duszy piwosza dowód, że wciąż jeszcze są na świecie pewne nienaruszalnie trwałe wartości. W dobie nieodwracalnie postępującego paskudzenia legendarnych praskich gospód na modłę turystyczną („U Pinkasu”, „U Vejvodu”, czy częściowo „U Medvidku”), jest coraz mniej miejsc, o których można to powiedzieć.

A! Jeśli bardzo chce się komuś jeść, to może zamówić coś ze skromnej i typowo piwnej listy dań. Do przegryzienia przeważnie garmażerka – sery piwne, marynowane kiełbasy, kiełbasy. To nieprawdopodobne, ale w tym ścisku potrafią jeszcze coś przyrządzić i to w przekonujący sposób. A i jeszcze w niewygórowanej cenie 30 koron za 100 gram w roku 2000 i… 45 koron w roku 2020. Inflacja w Polsce takich rzeczy nie przewidziała.

Szczególnej uwadze polecić można specjał lokalu – taliáni. To rodzaj gotowanej wieprzowej kiełbaski z przyprawami. Ponoć pod koniec XIX wieku, na praskim Starym Mieście rzeźnik zwany Talián – i stąd ta nazwa – zaczął przygotowywać i sprzedawać wyborną kiełbasę sporządzaną według specjalnej receptury – głównie długo gotowaną, ale i czasem wędzoną. Wieprzowina powinna stanowić w niej około 40%, a wołowina (czasem cielęcina) 60%, a do tego musi być przyprawiona – imbirem, czosnkiem, kardamonem i pieprzem. Ot, i cała tajemnica.

Dodaj komentarz